Co musi dziś zrobić młody rzeszowianin, żeby mieć 50‑metrowe mieszkanie? Pracować latami, odkładać jak automat i modlić się, żeby ceny nie uciekły szybciej niż pensja. A po drodze – kilka razy zastanowić się, czy w ogóle stać go na dziecko, drugie dziecko, na życie „jak ludzie”, a nie „pod kredyt”.
50 metrów za pół miliona
Na początku 2026 r. realne ceny w Rzeszowie wyglądają tak: za 1 m² mieszkania trzeba zapłacić średnio około 10,5–11,5 tys. zł, a w lepszych lokalizacjach i nowych inwestycjach jeszcze więcej. To znaczy, że zwykłe, 50‑metrowe M wcale nie jest „małe” – jest warte około 550 tys. zł.
Dla kogoś, kto zarabia nie „statystyczne sufit”, tylko typowe dla miasta, wynikające z mediany 5–5,3 tys. zł na rękę, ta kwota brzmi jak abstrakcja. Przy takim dochodzie 550 tys. zł to ponad 9 lat pracy, gdyby… dało się odłożyć całą pensję. W realnym życiu – przy oszczędzaniu 30–40 procent wypłaty – mówimy raczej o 20–30 latach odkładania równowartości całego mieszkania. Oczywiście nikt tak nie robi, bo są kredyty. Tyle że banki patrzą na coś jeszcze ważniejszego: wkład własny.
Wkład własny, czyli kilka lat „życia na pół gwizdka”
Przy mieszkaniu za 550 tys. zł minimalny wkład własny to 55–110 tys. zł. Dla singla z pensją ok. 5 tys. zł netto oznacza to:
- odkładając 1,5 tys. zł miesięcznie – 3–6 lat,
- odkładając 2 tys. zł – 2,5–4,5 roku.
To lata, w których nie ma mowy o „życiu ponad stan”. Bardzo często nie ma też mowy o dzieciach – bo każdy dodatkowy wydatek odbiera z tego, co miało stać się biletem wstępu do kredytu.
Dwie pensje w gospodarstwie domowym poprawiają sytuację, ale zmieniają jedno: mieszkanie staje się wspólnym projektem pary, a nie naturalnym etapem dla każdego.
Najem: mieszkanie jest, życia już mniej
Na pierwszy rzut oka najem wydaje się prostszy: nie trzeba wkładu własnego, jest elastyczność, można się wyprowadzić. Tyle że rachunek szybko studzi entuzjazm:
- kawalerka: ok. 1,85–1,9 tys. zł,
- dwa pokoje: ok. 2,15–2,2 tys. zł,
- trzy pokoje: ok. 2,65–2,7 tys. zł.
Przy płacy „w okolicach mediany” (ok. 5 tys. zł na rękę) czynsz za kawalerkę pochłania 37–38 proc. pensji, dwójka – już ponad 40 proc., a trójka zbliża się lub przekracza połowę dochodu. Dołóżmy media, jedzenie, transport, ubrania, lekarza, cokolwiek ekstra – i szybko widać, że na oszczędności zostaje niewiele.
Dla młodych par to realny dylemat:
- jeśli wynajmujemy coś wygodnego, w dobrej lokalizacji – trudno odkładać,
- jeśli chcemy odkładać – trzeba iść na kompromisy: pokój zamiast mieszkania, współlokatorzy, tańsze osiedle, rzadsze wyjścia, skromniejsze wakacje.
Demografia pod kredytową kreską
Tu zaczyna się najciekawsze – i najtrudniejsze – pytanie: co takie realia robią z decyzjami o dzieciach?
- Odkładanie rodzicielstwa „na potem”
Skoro wkład własny wymaga kilku lat ostrego zaciskania pasa, to wiele par mówi sobie wprost: najpierw mieszkanie, potem dziecko. Tyle że „potem” często znaczy po trzydziestce, czasem bliżej czterdziestki. To automatycznie ogranicza szanse na drugie czy trzecie dziecko. - Dziecko kontra kredyt
Bank, licząc zdolność kredytową, nie patrzy na same zarobki – patrzy też na liczbę osób na utrzymaniu. Każde dziecko zwiększa koszty życia według tabel, którymi posługują się analitycy. Efekt? Po urodzeniu dziecka część par ma niższą zdolność niż przed. Paradoks: im bardziej myślisz o bezpieczeństwie rodziny, tym trudniej tę rodzinę „wcisnąć” w tabelki kredytowe. - Własne M jako warunek do dziecka
W wyobraźni wielu trzydziestolatków „porządne życie” zaczyna się od własnego mieszkania: „nie będę zakładać rodziny na wynajmie”. Gdy ceny odjeżdżają szybciej niż pensje, warunek „najpierw kupno, potem dziecko” robi się coraz trudniejszy do spełnienia. A gdy lat przybywa, zostaje coraz mniej czasu, by ten plan zrealizować. - Ucieczka pod miasto lub za granicę
Część młodych rodzin wybiera inne wyjście: tańsze mieszkania w mniejszych miejscowościach wokół Rzeszowa albo wyjazd za granicę, gdzie relacja zarobków do kosztów mieszkania bywa korzystniejsza. Dla miasta oznacza to utratę ludzi w momencie, gdy są najbardziej „produktywni” – zawodowo i demograficznie.
Miasto singli i bezdzietnych par
Jeśli spojrzeć na te liczby z lotu ptaka, rysuje się obraz miasta, w którym:
- łatwiej jest być singlem lub parą bez dzieci – to na nich skrojony jest rynek nowych mieszkań,
- trudniej jest stać się rodziną z dwójką dzieci w mieszkaniu „z widokiem na miasto”,
- najem staje się długoterminową normą, a nie krótkim etapem.
To nie jest tylko historia o tym, „czy kogoś stać”. To opowieść o tym, jak ekonomia mieszkania przeorała kolejność życiowych decyzji: kiedy się wyprowadzić od rodziców, kiedy założyć rodzinę, kiedy mieć pierwsze dziecko, a czy w ogóle myśleć o drugim.
Rzeszów, który musi sobie odpowiedzieć na kilka pytań
Jeśli ceny metra dalej będą rosnąć szybciej niż wynagrodzenia, kilka pytań stanie się w Rzeszowie bardzo głośne:
- Czy stać nas na to, żeby młodzi, dobrze wykształceni ludzie zakładali rodziny… gdzie indziej?
- Czy „miasto studentów i singli” to wystarczająca wizja na przyszłość?
- Czy lokalna polityka mieszkaniowa (np. tańsze grunty pod budownictwo, wsparcie mieszkań na wynajem, mieszkania komunalne dla rodzin) będzie równie ważna, jak kolejne drogi i inwestycje?
Bo w pewnym momencie może się okazać, że największym problemem nie będzie to, ile lat trzeba pracować na 50 metrów, ale ilu rzeszowian w ogóle zostanie w mieście na tyle długo, by te 50 metrów im się przydało – razem z dziećmi, a nie tylko z ratą kredytu.














![Zebranie sprawozdawczo-wyborcze OSP w Łukawcu [FOTO] Zebranie sprawozdawczo-wyborcze OSP w Łukawcu [FOTO]](https://static2.halorzeszow.pl/data/media/2026/01/25/sm-16x9-zebranie-sprawozdawczo-wyborcze-osp-w-lukawcu-foto-1769341833-0.jpg)

Napisz komentarz
Komentarze