Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
PRZECZYTAJ TAKŻE:
Reklama
Reklama nawóz ogrodowy

Drony nad Polską wywołały falę dezinformacji; eksperci zweryfikowali fakty i obalili teorie spiskowe

Podziel się
Oceń

Mariusz Cielma z miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa” w rozmowie z PAP obalił trzy fałszywe twierdzenia dotyczące dronów, które naruszyły polską przestrzeń powietrzną. Prof. Roman Baecker ocenił, że kampania dezinformacyjna wokół rajdu dronów nad Polską zakończyła się tylko pozornym sukcesem Rosjan.

Od środy, po ataku Rosji na Ukrainę, w trakcie którego polską przestrzeń powietrzną naruszyło 19 dronów, w mediach społecznościowych zaczęły krążyć fałszywe informacje.

 

Jedna z nich, wielokrotnie powielana, opiera się na fałszywym założeniu, że drony typu Gerbera, które spadły kilkaset kilometrów od granicy polsko-ukraińskiej, nie mogły wystartować z Rosji, ponieważ ich zasięg wynosi jedynie 500 km.

 

Jeden z dronów, który naruszył w nocy z wtorku na środę polską przestrzeń powietrzną, został odnaleziony na polu w okolicach Mniszkowa w woj. łódzkim. To ok. 430 km od granicy z Ukrainą i ok. 250-260 km od granicy z Białorusią.

 

Zdaniem autorów niezgodnych z faktami wpisów, rzekome ograniczenie zasięgu dronów miałoby potwierdzać tezę, że musiały one zostać wysłane z zachodniej Ukrainy. W niektórych publikacjach wskazywano nawet dokładną lokalizację ich wystrzelenia – okolice Łucka na Wołyniu.

 

Gerbery to drony, które wywodzą się od irańskich Shahedów. – Rosjanie skopiowali irańskie drony typu Shahed-131 i Shahed-136 (…) i wytwarzają je u siebie w kilku wersjach: Shahed-131 to Gierań-1, a Shahed-136 to Gierań-2 – powiedział PAP mjr rez., dr inż. Michał Fiszer. – To, co wleciało do Polski, to w całości były prawdopodobnie Gerbery, co wskazuje na to, że było to działanie celowe - dodał Fiszer.

 

Jak w rozmowie z PAP wyjaśnił Mariusz Cielma, redaktor naczelny miesięcznika „Nowa Technika Wojskowa”, dron Gerbera jest napędzany silnikiem modelarskim o mocy 10 koni mechanicznych i posiada kształt delty. Dzięki temu zużywa mniej paliwa, a duża powierzchnia nośna dodatkowo wspiera jego lot.

 

Ekspert wskazał, że choć nominalny zasięg Gerbery wynosi rzeczywiście ok. 600 km, po prostych modyfikacjach urządzenie może pokonać znacznie większy dystans. Ze zdjęć oraz komunikatów prokuratury wynika, że drony, które spadły w Polsce, nie miały głowic bojowych ani aparatury rozpoznawczej, co znacznie zmniejszało ich wagę i wydłużało zasięg. – Stosowana przez Rosjan głowica o masie ok. 5 kg bywa zastępowana dodatkowymi zbiornikami paliwa, czasem nawet wykonanymi z worków, żeby aparat był lżejszy i mógł przelecieć większy dystans – wyjaśnił Cielma.

 

Według niego dron, który spadł w Mniszkowie w woj. łódzkim, mógł przelecieć nawet 900 km po wyposażeniu w dodatkowe zbiorniki o pojemności 10 l. – Technicznie jest to całkowicie możliwe – dodał ekspert. I przypomniał, że Gerbera lądowała też na Litwie.

 

Kolejna teoria spiskowa mająca sugerować, że w nocy z wtorku na środę Ukraińcy mieli próbować wciągnąć Polskę w wojnę, opiera się na fałszywym twierdzeniu, że wraki dronów zostały podrzucone. Za rzekomy dowód podaje się brak kraterów czy zrytej gleby w miejscach ich upadku oraz w wielu przypadkach – brak poważniejszych zniszczeń aparatu, np. nieuszkodzone stateczniki.

 

W opinii eksperta brak zrytej ziemi o niczym nie świadczy. Nawet ważący 200 kg, dużo większy od Gerbery Gierań, wyposażany wcześniej w 40-kilogramową głowicę, a obecnie nawet 100-kilogramową, często przyziemia jak szybowiec i nie wybucha. A tu mówimy o małych i lekkich, pozbawionych ładunku, Gerberach. Ich prędkość przelotowa może być mniejsza niż 100 km/h. – Taki obiekt stopniowo zniża lot i siada jak szybowiec – tłumaczył Cielma.

 

Rozmówca PAP nie ma również wątpliwości, że kolejna teoria szerzona w mediach społecznościowych jest nieprawdziwa. Zgodnie z nią to Ukraina jest odpowiedzialna za pojawienie się dronów w Polsce, ponieważ urządzenia rosyjskie miały realizować misję bojową na Ukrainie, ale to rzekomo w wyniku działania ukraińskich systemów zakłócania GPS zeszły z kursu i trafiły na terytorium Polski.

 

Jak wyjaśnił ekspert, pierwsze Gerbery przechwycono na Ukrainie w lipcu 2024 r. i stwierdzono, że wiele z nich, zwłaszcza tych stosowanych do rozpoznania, lata na kartach telefonicznych. A przecież Ukraina nie zakłóca systemów telefonii komórkowej.

 

Cielma podkreślił, że nawet przy założeniu, iż drony, które trafiły do Polski, wykorzystywały system nawigacji satelitarnej, teoria ta nie ma podstaw. Ukraina musiałaby bowiem posiadać silne systemy zakłócania sygnału GPS na północy kraju, których tam nie ma – bo w razie zakłócenia byłyby one rejestrowane na Białorusi.

 

– Zakłócanie GPS wpływa na dron jedynie częściowo, zmniejszając precyzję jego nawigacji. W efekcie maszyna może nie trafić w zaplanowany cel, na przykład elektrownię, ale częściej uderza w teren znajdujący się w pobliżu – wyjaśnił ekspert.

 

Zdaniem Cielmy, aby dolecieć do Polski, dron wcale nie musi być wyposażony w nawigację satelitarną. Wystarczy system inercyjny, zliczeniowy, który pozwala określić kierunek, prędkość i przebyty dystans. Choć jest on mniej precyzyjny niż GPS, w zupełności wystarcza, by dotrzeć na terytorium Polski, a dodatkowo ma tę zaletę, że nie da się go zakłócić.

 

Mariusz Cielma wyjaśnił, że w noc ataku wypuszczono drony w dwóch falach. Te, które trafiły do Polski, wystrzelono jako jedne z pierwszych, żeby w pewnym stopniu zamaskować ich przelot nad Ukrainą. Ominęły Kijów i północnymi obwodami Ukrainy, niektóre z zahaczeniem o Białoruś, skierowały się ku Polsce.

 

Jak zaznaczył w rozmowie z PAP prof. dr hab. Roman Baecker, wykładowca na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK, towarzysząca rajdowi dronów na Polskę kampania w mediach społecznościowych tylko pozornie zakończyła się sukcesem Rosjan. Duża część publikowanych tam treści była tworzona przez rosyjskie trolle, często występujące pod zachodnio brzmiącymi nazwiskami. – Do tego dołączyli publicyści, najczęściej związani z kręgiem Grzegorza Brauna, oraz byli politycy, tacy jak Janusz Korwin-Mikke – wskazał ekspert.

 

Jego zdaniem sukces Rosjan w sferze informacyjnej był jedynie częściowy, ponieważ został zniwelowany przez szybką i stanowczą reakcję instytucji rządowych oraz – co zwykle bywa niedostrzegane – gwałtowną i emocjonalną odpowiedź internautów, którzy w większości krytykowali tego rodzaju narracje. Po nocnym naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony z wtorku na środę, Europejski Kolektyw Analityczny Res Futura przeanalizował reakcje użytkowników najpopularniejszych platform społecznościowych na to wydarzenie.

 

Zagadnienie to osiągnęło rzadko spotykany zasięg – aż 173 mln publikacji w mediach społecznościowych. Większość użytkowników, 41 proc., odpowiedzialnością za atak obarczyła Rosję.

 

34 proc. użytkowników uważało, że w ten sposób Rosja testuje polską obronę, obserwuje reakcje pozostałych członków NATO i stopniowo eskaluje konflikt. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte podczas konferencji ocenił, że Sojusz Północnoatlantycki wraz z poszczególnymi sojusznikami bardzo skutecznie zareagowali na naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie drony. – Jesteśmy w stanie bronić każdego centymetra terytorium NATO, w tym przestrzeni powietrznej – podkreślił Rutte.

 

24 proc. użytkowników uważało, że naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez drony było wynikiem celowego działania Ukrainy lub zaniechania jej obrony przeciwlotniczej. W obu przypadkach miałoby to rzekomo służyć wciągnięciu Polski i NATO w wojnę. Do tych zarzutów odniósł się w środę podczas konferencji prasowej minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Zaznaczył, że Polska jest celem działań hybrydowych w obszarze dezinformacji, a jedną z głównych narracji powielanych przez rosyjskie źródła jest próba przerzucenia odpowiedzialności za naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej na stronę ukraińską. – Ukraina nie wciąga Polski do wojny. Ci, którzy twierdzą inaczej, kłamią. To Rosja odpowiada za ten atak – podkreślił Gawkowski.

 

13 proc. internautów skrytykowało rząd, zarzucając mu brak skuteczności, opóźnioną reakcję, brak alertów RCB oraz niedoinformowanie obywateli. Wskazywano również na niedostateczne przygotowanie obrony przeciwdronowej, mimo trwającej wojny w Ukrainie.

 

Wizerunek rządu w komentarzach kształtowany był głównie przez oskarżenia o zaniechania, spóźnione działania i reakcje pozorne.

 

Jednym z głównych zarzutów był brak alertów RCB. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa w wydało komunikat dla mieszkańców województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego w środę około godz. 7. Brzmiał on: „Uwaga! W związku z operacją neutralizacji obiektów, które naruszyły granicę RP, informuj służby o dronach lub miejscach ich upadku. Zachowaj spokój”. Po godz. 8 alert rozszerzono o województwa mazowieckie, łódzkie, świętokrzyskie i małopolskie.

 

Kolejna krytyka dotyczyła niewystarczającego rozwijania zdolności antydronowych. Dwa dni przed wtargnięciem rosyjskich dronów do Polski kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24, przypomniał w rozmowie z PAP, że w 2023 roku Polska zakupiła cztery zestawy SKYctrl – systemy przeznaczone głównie do ochrony obiektów, takich jak lotniska, przed niewielkimi mikrodronami. Zaznaczył jednak, że liczba takich systemów w Polsce jest zdecydowanie zbyt mała.

 

Ostatni zarzut internautów dotyczył używania rzekomo nieadekwatnie kosztownych środków do neutralizacji tanich zagrożeń. Symbolem tej krytyki stało się wykorzystanie F-16 do zestrzeliwania dronów wartych zaledwie kilka tysięcy złotych. Do tych oskarżeń odniósł się w środę na antenie TVN24 gen. Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego WP. Podkreślił, że „to nie jest kompletnie nasz system wartości”. – Nie liczy się cena rakiety, lecz wartość tego, co dron może zniszczyć. Jeśli zagrożone jest życie Polaka, to ono nie ma ceny. Użyjemy nawet stukrotnie droższej rakiety, jeśli dzięki temu uratujemy życie choć jednej osoby – zaznaczył generał.(PAP)

 

Więcej o autorze / autorach:

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: Kosmita Treść komentarza: Zawsze w takich sytuacjach się zadziwiam. Dlaczego np. takie nazwy jak VW, BMW czy BOSS, nie robią wrażenia na Polakach? Przecież VW to samochód ludowy wymyślony przez Hitlera dla Niemców. BMW to główny dostawca silników lotniczych do Niemieckich samolotów bombardujących polskie miasta i wsie. BOSS to naczelny projektant ubiorów dla armii niemieckiej a także dla SS. Starotestamentowi, jak patrzyli na mundury SS-manów, to byli wręcz urzeczeni pięknem swoich katów. Polacy wręcz uwielbiają te marki i chętnie je eksponują, nie zdejmują emblematów firm ze swych PIERDZIWOZÓW, litrami się PACHNIDŁUJĄ BOSS-em. Dziwne, a tylu Polaków dzięki tym markom poszło do KRAINY WIELKICH ŁOWÓW. Bardzo dziwne. Tak już poza tematem, za chwilę będzie kolejna wspominka o WIKTORII GRUNWALDZKIEJ, ale żaden Polak nie chce pamiętać, jak to polscy wojowie urządzili sobie wycinankę bogu ducha winnych mieszkańców miejscowości Dąbrówno. Motywowali to koniecznością wprawki przed wielką bitwą. Może jednak lepiej każdemu zostawić jego własną historię i zająć się tylko i wyłącznie swoimi sprawami i historiami? Data dodania komentarza: 3.07.2026, 12:35 Źródło komentarza: Kontrowersje po koncercie Jerry Heil w Rzeszowie. Środowiska prawicowe grzmią o „promocji banderyzmu” za publiczne pieniądze Autor komentarza: Jurek Treść komentarza: Nie popieram nikogo z obecnej "klasy" politycznej, lub jak to określam "potylicznej". Moje zdanie jest bardzo proste. Integrujmy się, z poszanowaniem znanej historii. Ta Pani wg mnie ewidentnie przesadziła, stąd moje pytanie, hipotetycznie koncert w Kijowie i uczestnik z nadrukiem J*ć*U*A, ewentualnie Hitler się pomylił, nie ten naród wziął. Ciekawe co by się wtedy działo. Uważam że oba narody powinny zwracać uwagę na takie szczegóły, bo nie służy to ani współpracy, ani zrozumieniu. Co sobie rządzący wymyślą to ich, nasi wybrani przez obywateli, ichni przez ich obywateli, czemu się dziwić? Data dodania komentarza: 2.07.2026, 19:16 Źródło komentarza: Kontrowersje po koncercie Jerry Heil w Rzeszowie. Środowiska prawicowe grzmią o „promocji banderyzmu” za publiczne pieniądze Autor komentarza: John Treść komentarza: Ludzie padają jak kawki po deszczu. Rozległe zawały serca, udary, zatory, fala nowotworów z roku na rok przybierają te schorzenia na sile. A mija właśnie 5 lat........... Data dodania komentarza: 30.06.2026, 23:36 Źródło komentarza: Tragedia w Przemyślu. Nie wrócił na noc do domu, rodzina dokonała makabrycznego odkrycia Autor komentarza: lózak Treść komentarza: Myj sie w domu a nie w tej sadzawce. Przyjechałeś brudny po robocie ,jaj nie myłeś miesiąc a potem sie dziwisz że woda śmierdzi Data dodania komentarza: 30.06.2026, 18:52 Źródło komentarza: Lazurowe Wybrzeże w Czarnej Sędziszowskiej. Podkarpacka plaża, która zachwyca błękitem wody Autor komentarza: Bukanan Treść komentarza: Beznadzieja. Lepiej tam nie jechać. Śmierdzi szczochem, pełno kurzu z pobliskiej drogi, na plaży walają się śmieci. Znajomy z Swilczy opowiadał jak żule tam jeżdżą się myją, sikają i rzygają. Przy parkingu zużyte kondony. No ale co kto woli. Data dodania komentarza: 28.06.2026, 22:37 Źródło komentarza: Lazurowe Wybrzeże w Czarnej Sędziszowskiej. Podkarpacka plaża, która zachwyca błękitem wody Ł Autor komentarza: red Treść komentarza: Wystarczy wejść do artykułu, żeby się przekonać, że autor był na miejscu. Wystarczy mieć odrobine wyobraźni, aby zrozumieć, że gdy masa ludzi wejdzie do wody, to przestanie ona być lazurowa... niestety ktoś tu jest uprzedzony do Pismaka, pozdro dla Dominika Data dodania komentarza: 28.06.2026, 14:40 Źródło komentarza: Lazurowe Wybrzeże w Czarnej Sędziszowskiej. Podkarpacka plaża, która zachwyca błękitem wody
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama