Gdy w marcu 2020 roku świat zamarł, a kina, restauracje i instytucje zamknięto na cztery spusty, polityk zyskał coś, czego brakowało mu przez całe dotychczasowe życie zawodowe: czas. Wolne popołudnia w odciętej od świata Warszawie pozwoliły mu w końcu przelać na papier historie, które nosił w głowie od lat. Sam profesor wspomina ten moment jako realizację najskrytszego pragnienia: napisania książki. Ta wymuszona pandemiczna izolacja zaowocowała ostatecznie napisaniem jego debiutanckiej powieści zatytułowanej „Depopulacja”.
Skalpel, stetoskop i... szpiedzy CIA
To, co wyróżnia twórczość Grodzkiego, to unikalne połączenie wielkiej polityki z medycyną wysokiego ryzyka. Jego książki to dynamiczne thrillery o odwiecznej walce dobra ze złem, osnute wokół międzynarodowych intryg, porwań i medycznych spisków. Co ciekawe, autor przemycił na karty powieści mnóstwo elementów ze swojego prawdziwego życia. Główni bohaterowie, choć noszą zmienione nazwiska, mają swoje realne pierwowzory w lekarzach z USA, Szwajcarii czy Niemiec, z którymi profesor współpracował przez lata. Wnikliwy czytelnik odnajdzie tam nawet zaszytą postać oficera CIA o nazwisku Pampler (co po angielsku oznacza „bączek”) – to literacki ukłon w stronę pułkownika Bączkowskiego, wieloletniego dowódcy ochrony Marszałka.
Zobacz zdjęcia:
„Depopulacja” to w gruncie rzeczy osobisty hołd Grodzkiego dla środowiska, z którego wyrósł – torakochirurgów (chirurgów klatki piersiowej). Dla czytelników ogromną atrakcją jest próba rozszyfrowania, które z opisywanych przez profesora wydarzeń są czystą fikcją literacką, a które wydarzyły się naprawdę lub zostały ubarwione na potrzeby fabuły. Jako przykład autor podaje wątek osadzony w Nepalu – sam odwiedził ten kraj i opisał istniejące miasteczko oraz jezioro, ale kluczowy dla akcji klasztor został już w całości przez niego wymyślony.
Druga część i rzeszowskie akcenty
Sukces rynkowy debiutu skłonił wydawnictwo do zamówienia kontynuacji. Tak powstała druga powieść – „Rosyjska ruletka na scenie światowej”, napisana już w całości samodzielnie. Jej tworzenie rodziło się jednak w znacznie większych bólach, ponieważ normalne życie i polityka po pandemii wróciły do pełnego pędu. Autor zaznacza, że pisanie powieści wymaga dłuższego skupienia: nie da się usiąść do niej na pięć minut, trzeba pisać przynajmniej całymi rozdziałami, stale weryfikując chronologię i wątki. Książka powstawała więc najczęściej między godziną 23:00 a 1:00 w nocy. Co ciekawe dla mieszkańców Podkarpacia, „Rosyjska ruletka” zawiera bezpośrednie nawiązania do ich regionu. Nowe wątki w fabule zostały sprowokowane wybuchem wojny w Ukrainie i emocjami z nią związanymi. W efekcie cały rozdział 11 tej powieści został dedykowany Rzeszowowi i specyficznym wydarzeniom, jakie rozgrywały się w tym mieście w tamtym okresie. Grodzki podkreśla, że choć książki można czytać niezależnie, to zachowanie chronologii pomaga lepiej połączyć i zrozumieć poszczególne fakty.
O tym, że fabuła potrafi mocno trzymać w napięciu, świadczy anegdota, którą Grodzki podzielił się z publicznością. Jeden z jego kolegów lekarzy zabrał książkę na pokład samolotu lecącego do Toronto. Przez całe dziewięć godzin lotu był tak pochłonięty lekturą, że zrezygnował z posiłków i oglądania filmów, kończąc czytanie tuż przed lądowaniem.
To jeszcze nie koniec
Fani literackiego talentu profesora mogą zacierać ręce. Choć tempo życia politycznego nie ułatwia pisania, wydawnictwo oficjalnie zażądało trzeciej części szpiegowskiej serii. Zapowiada się kolejny hit, który udowadnia, że najlepsze scenariusze dla literatury sensacyjnej pisze samo życie. Profesor Grodzki zdradził, że ma już w głowie zarysowany początek oraz widowiskowy finał, choć przed nim jeszcze sporo pracy nad doszlifowaniem środka fabuły, to cała struktura jest już gotowa. Zaznaczył jednocześnie, że trzeci tom będzie prawdopodobnie zwieńczeniem i końcem jego kariery na rynku literatury pięknej.


Napisz komentarz
Komentarze