Tajemnicze zniknięcie czy morderstwo doskonałe?
Sprawa zaginięcia Ryszarda Jacka, 46‑letniego przedsiębiorcy budowlanego z Rzeszowa, który zniknął 2 września 2005 roku, nadal budzi ogromne kontrowersje. Rodzina od początku twierdzi, że mężczyzna nie „po prostu wyszedł i nie wrócił”, ale mógł zostać bestialsko zamordowany, a organy ścigania – ich zdaniem – nie zbadały najbardziej oczywistych tropów. Jak ustalił „Super Express” (B. Olejarka, 17.04.2024), prokuratura przez lata utrzymywała, że brak było twardych dowodów na zabójstwo (pomimo morza krwi w mieszkaniu zaginionego), a śledztwo prowadzono pod kątem bezprawnego pozbawienia wolności.
W tle sprawy przewijają się pieniądze, burzliwy romans, groźby, strach i seria dziwnych „przypadków”. Okoliczności zniknięcia przedsiębiorcy do dziś rodzą więcej pytań niż odpowiedzi.
Człowiek z prowincji, który marzył o „czymś więcej”
Ryszard Jacek pochodził z Chotyńca, małej miejscowości w powiecie jarosławskim, słynnej z zabytkowej cerkwi Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy wpisanej listę UNESCO, która została wpisana na. Bliscy wspominają, że od zawsze marzył o większym mieście. Po maturze wyjechał do Rzeszowa, gdzie założył rodzinę i firmę budowlaną, i – jak się wydawało – osiągnął stabilizację.
Był żonaty, miał dwie córki. W 2002 roku doszło do rozwodu, lecz – co niespotykane – relacje między byłymi małżonkami pozostały bardzo dobre. Jak opisywała rodzina w rozmowie z „Super Expressem” w 2024 roku, po rozstaniu z żoną Ryszard wyprowadził się ze wspólnego mieszkania, a później, już po rozpadzie kolejnego związku, wrócił do lokalu przy ul. bp. Józefa Sebastiana Pelczara na rzeszowskim osiedlu Nowe Miasto. Córki przebywały wtedy w USA, a była żona zgodziła się, aby znów z nim mieszkał. Do dziś utrzymuje serdeczny kontakt z rodziną zaginionego.
Wtedy jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Ale życie Ryszarda niespodziewanie zaczęło się komplikować.
Pieniądze, kobieta i klucze, które „same się znalazły”
Po rozwodzie Ryszard związał się z kobietą, która – według rodziny – pracowała na jednej z rzeszowskich uczelni. To ona miała zlecić mu remonty trzech mieszkań. Umów pisemnych nie było, wszystko „na gębę”. Jak miał mówić ojcu, kobieta była mu winna pieniądze.
– „Powiedział mi, że ma z nią sprawy do załatwienia, że jest mu dłużna za remonty trzech mieszkań” – relacjonował w 2024 roku dla „Super Expressu” ojciec zaginionego, Teofil Jacek. Jak ustalił „SE”, kobieta w postępowaniu mówiła o kwocie 10 tys. złotych – zdaniem rodziny podejrzanie niskiej jak na zakres prac.
Według relacji Teofila Jacka, Ryszard pojechał kiedyś do byłej partnerki, by rozmawiać o zaległych pieniądzach. W jej mieszkaniu na stoliku zobaczył… swoje klucze do lokalu przy ul. Pelczara. Do tej pory był przekonany, że je zgubił. Zabrał je. Już wcześniej skarżył się ojcu, że ktoś „grzebie” w jego szafie – rzeczy, które zostawiał starannie ułożone, po powrocie leżały inaczej. Żona temu zaprzeczała, a w godzinach, gdy miał to się dziać, była w pracy. – „Nie chcę nikogo oskarżać, ale to wszystko dziwne” – mówił zrozpaczony ojciec Ryszarda w rozmowie z „Super Expressem”.
Romans z kobietą z uczelni nagle się rozpadł . Ryszard podejrzewał, że ma kogoś innego. Co więcej – twierdził, że jest śledzony.
Mężczyzna na rowerze i pytania o godziny
Jak wynika z relacji rodziny dla „Super Expressu”, przez ponad tydzień przed zaginięciem pod blokiem przy ul. Pelczara regularnie pojawiał się nieznany mężczyzna na rowerze. Pytał sąsiadów, gdzie dokładnie mieszka Ryszard Jacek, obserwował, o której wychodzi z mieszkania, o której wraca, czy jest ktoś w domu.
Sąsiad Ryszarda złożył w tej sprawie zeznania, przedstawiając policji dokładny rysopis rowerzysty. Co stało się z tym tropem – do dziś nie wiadomo. Rodzina nie ukrywa, że czuje, iż sprawy nigdy rzetelnie nie wyjaśniono.
Sam Ryszard mówił też ojcu, że widział tę samą parę jadącą samochodem za nim „co najmniej trzy razy”. Miał też otrzymywać groźby SMS‑owe i jasno wskazywał, kogo podejrzewa o ich wysyłanie. Bał się. O obawach mówił i ojcu, i nowej partnerce, Joannie.
Poranek, który urwał się w pół zdania
Piątek, 2 września 2005 roku.
Około godziny 7 rano Ryszard szykował się do pracy w mieszkaniu przy ul. Pelczara. Zadzwoniła nowa partnerka. Powiedział jej, że się goli i oddzwoni, gdy skończy. Nie oddzwonił. Gdy próbowała ponownie, telefonu nikt już nie odebrał.
Kilka godzin później zadzwonił do niego pracownik firmy. Telefon odebrał obcy mężczyzna.
– „Chciał rozmawiać z Ryśkiem. W słuchawce był bełkot, charczenie. Nie zrozumiał ani jednego słowa” – relacjonowała siostra zaginionego, Krystyna, w rozmowie z „Super Expressem”. To był ostatni kontakt z numerem Ryszarda Jacka.
Jak informowała prokuratura cytowana przez „Super Express”, telefon mężczyzny pozostawał aktywny jeszcze około tygodnia po zaginięciu, jednak w 2005 roku – jak tłumaczono – nie było technicznych możliwości dokładnej lokalizacji aparatu po przekaźnikach. Do dziś komórki nie odnaleziono.
Mieszkanie, które wyglądało jak po zacieraniu śladów
Wieczorem tego samego dnia do mieszkania wróciła była żona. Co zobaczyła?
- poprzestawiane stołki w kuchni, jak po przemeblowaniu „pod coś”,
- dużą, ciemną plamę na podłodze,
- brak wszystkich ręczników, ścierek i gąbek – zarówno kuchennych, jak i łazienkowych.
Kobieta zadzwoniła do Teofila Jacka, pytając, czy syn przyjechał do Chotyńca. Często zdarzało się, że po pracy wyjeżdżał do rodziny na weekend. Tym razem go tam nie było.
Rodzina zaczęła gorączkowo dzwonić po znajomych. Nikt nic nie wiedział, nikt go nie widział. Samochodu Ryszarda pod blokiem nie było. Telefon dzwonił, ale nikt nie odbierał.
Po kilku dniach była żona zauważyła w kuchni coś jeszcze:
- plamy krwi na szafkach,
- rozbryzg krwi na suficie, na wysokości nawet 1,5–2 metrów.
Jak ustalono w śledztwie, była to krew Ryszarda Jacka. Według relacji rodziny cytowanej przez „Super Express”, wcześniej ktoś starł dużą plamę na podłodze, a na meblach zostały „rdzawe plamy”. Krwi na górze szafek i suficie nikt nie usunął.
Samochód bez właściciela
7 września, pięć dni po zaginięciu, współpracownik znalazł niebieską Mazdę Ryszarda na parkingu przy ul. Granicznej w Rzeszowie. Auto było:
- otwarte,
- z uchylonymi szybami,
- bez kluczyków i telefonu.
W środku znajdowały się dokumenty, portfel, karty kredytowe oraz dwa dyktafony. Jak informował „Super Express”, na urządzeniach tych Ryszard miał nagrywać rozmowy ze swoją byłą partnerką z uczelni, która była mu winna pieniądze.
Samochód zabezpieczono dopiero 13 września, czyli sześć dni po jego odnalezieniu. Rodzina do dziś pyta, czy przez ten czas ktoś zdążył zatrzeć ślady. – „Jak znaleziono samochód, policja nie chciała go przebadać. Kazali mi go zabrać” – mówił Teofil Jacek w rozmowie z „SE”. Twierdził, że dopiero jego stanowcza prośba doprowadziła do badań, a on sam zdążył auto dotykać, próbować uruchomić, co mogło mieć wpływ na ewentualne ślady.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, prok. Krzysztof Ciechanowski, zapewniał w 2024 roku na łamach „Super Expressu”, że oględziny przeprowadzono „bez zbędnej zwłoki”, przy udziale kilku biegłych, w tym z zakresu genetyki. Według prokuratury w aucie nie ujawniono śladów pozwalających na przełom.
Jasnowidz, trzy osoby i wysypisko
Zdesperowany ojciec pojechał do Krzysztofa Jackowskiego w Człuchowie. Jak relacjonował w 2024 roku dla „Super Expressu”, jasnowidz stwierdził jednoznacznie: Ryszard nie żyje. Wskazał trzy osoby – dwie męskie i kobietę – oraz miejsce, gdzie ciało miało zostać ukryte.
Kobieta z opisu miała pasować do byłej partnerki zaginionego. Jeden z mężczyzn – do osoby, którą Ryszard sam podejrzewał o wysyłanie gróźb, drugi miał być powiązany z tą kobietą. Jackowski wyznaczył też na mapie konkretny teren między Budziwojem a Białą, wówczas wysypisko i rejon, gdzie zwożono ziemię i odpady, dziś – osiedle mieszkaniowe.
Rodzina wraz z bliskimi szukała tam wielokrotnie, bez skutku. Jak mówił Teofil Jacek, jasnowidz liczył na kontakt ze strony policji, by przekazać szczegóły, ale nigdy się do niego nie zwrócono.
Rysiek garnituru nie nosił...
Sprawę zaginięcia Ryszarda Jacka umarzano dwukrotnie. Jak wynika z relacji rodziny w „Super Expressie”, jednym z powodów były zeznania dwóch świadków, którzy twierdzili, że dzień po zaginięciu widzieli Ryszarda w Rzeszowie – o tej samej porze, w dwóch różnych miejscach. Jeden z nich zeznał, że mężczyzna miał na sobie garnitur.
Rodzina nie ma wątpliwości: „Rysiek garnituru nie nosił”. Na co dzień ubierał się sportowo i elegancki strój wkładał „od wielkiego dzwonu”. Policjanci – według słów Teofila Jacka – tłumaczyli później, że świadkom „mogły się pomylić godziny”.
Jeszcze bardziej niepokojący jest wątek dawnego sąsiada, który miał zeznać, że widział Ryszarda dzień po zaginięciu, a potem nagle wyprowadził się z bloku. – „Rozmawiałem z nim. Mówił bardzo nieskładnie” – wspominał ojciec w rozmowie z „SE”.
Znajomi zaginionego podkreślali, że jeśli o 7 rano wpuścił kogoś do mieszkania, musiała to być osoba, którą dobrze znał. Obcym – jak zgodnie twierdzi rodzina – drzwi po prostu nie otwierał.
Organy ścigania: „Nie mamy sobie nic do zarzucenia”
Służby, które prowadziły poszukiwania, nie przyznają się do błędów. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, cytowany przez „Super Express”, wyjaśniał, że początkowo zebrany materiał uzasadniał podejrzenie przestępstwa z art. 189 par. 2 kodeksu karnego, czyli bezprawnego pozbawienia wolności na okres powyżej 7 dni. Na późniejszym etapie – przekonuje prokuratura – rozważano różne wersje zdarzeń, w tym te najpoważniejsze.
Rodzina widzi to inaczej. Pytania o to, czy zabezpieczono odciski palców z wnętrza auta, kto wysyłał groźby SMS‑owe, czy w pełni przeanalizowano nagrania z dyktafonów – pozostają bez odpowiedzi. Prokuratura przed laty zapewniała, że brak było „istotnych dowodów”, by uznać, że doszło do zabójstwa. Tymczasem w małej kuchni na trzecim piętrze bloku ujawniono znaczną ilość krwi.
– „Ludzie nie przepadają tak z dnia na dzień. No i Rysiek był w mieszkaniu w wielkim bloku na trzecim piętrze. Gdyby go tam zamordowano, to ciało musieliby jakoś wynieść. Przecież ktoś musiał coś widzieć” – mówił w 2024 roku dla „Super Expressu” Teofil Jacek.
Archiwum X wraca do sprawy
Po materiale w programie „Paragraf” sprawą ponownie zainteresowała się Prokuratura Krajowa. Akta trafiły do Archiwum X Komendy Głównej Policji. Analiza została zakończona – teraz ma zapaść decyzja, czy po latach dojdzie do wznowienia śledztwa, być może już pod kątem zabójstwa.
Rodzina czeka. Dla nich to nie „stara sprawa”, lecz rana, która nie goi się od lat.
Pytania, które wciąż wiszą w powietrzu
Kto był w mieszkaniu Ryszarda Jacka tamtego poranka?
Skąd krew na suficie i dlaczego zniknęły wszystkie ręczniki, ścierki, gąbki?
Kto odebrał telefon i charczał do słuchawki pracownika firmy?
Jak samochód trafił na ul. Graniczną i kto nim przyjechał?
Dlaczego nigdy nie odnaleziono telefonu, z którym – jak podkreśla rodzina – Ryszard się nie rozstawał?
Czy mężczyzna wyszedł z bloku o własnych siłach, czy w ogóle z niego wyszedł?
I wreszcie: gdzie jest Ryszard Jacek?
– „Chciałbym tylko poznać prawdę. Nawet tę najgorszą. Żeby móc zapalić świeczkę i postawić krzyżyk” – mówił w rozmowie z „Super Expressem” Teofil Jacek.
Minęło 20 lat.
Ludzie nie potrafią rozpływać się w mgle.
Ta historia wciąż domaga się odpowiedzi.
Apel do czytelników
Jeśli posiadasz jakiekolwiek informacje na temat zaginięcia Ryszarda Jacka, nawet pozornie błahe szczegóły sprzed lat, skontaktuj się z policją w Rzeszowie. Informacje można przekazywać do Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie przy ul. Jagiellońskiej 13, telefonicznie pod numerem 47 821 33 11 lub pod numerem alarmowym 112. Można to zrobić także anonimowo.
















Napisz komentarz
Komentarze